ŚLUBY ŚWIATA -Turcja. Byłam na tureckim weselu! [RELACJA]


Moim ogromnym marzeniem, studiując w Turcji, było udanie się na jakąś tradycyjną imprezę. Przytrafiła się wspaniała okazja, aby zobaczyć prawdziwe tureckie wesele. Od razu przyznaję się bez bicia – nie miałam wówczas żadnego pojęcia o tureckim zamążpójściu. Wiedziałam tyle, ile powiedział nam kolega, który nas zaprosił. Kazał nam się ładnie ubrać i zjawić się w danym miejscu.

Jak wyglądała cała impreza, co mnie zdziwiło, a co zaskoczyło na maxa? – oddaję Wam spisaną wtedy relację. Wracamy więc do 14-tego kwietnia 2018 roku, do pięknej i gorącej soboty, która zmieniła mój ogląd na ten kraj. Zapraszam!

Nadszedł dzień, na który czekałam cały tydzień, od kiedy dowiedziałam się, że panna młoda naprawdę zaprosiła nas na swoje wesele. Znalazło się pięciu śmiałków, którzy zdecydowali się na new adventure – Doga, Maciej, Umar, Mommer i oczywiście ja. Oczywiście, bo to było moje marzenie, które Doga obiecał spełnić, i słowa dotrzymał.

Po godzinie 18, wyglądając jak para z żurnala, wyruszyliśmy na tramwaj na Alaybay, gdzie o 19 byliśmy umówieni z chłopakami na stacji Izbanu. Spóźniliśmy się tylko 10 minut, tylko, bo jak na nas to bardzo mało. Doga i tak nadal nie było, czekali na nas Umar, Mommer i koleżanka Doga. O 19.30 znaleźliśmy gwiazdę wieczoru i poszliśmy wszyscy do restauracji na wesele.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie img-20180414-wa0016-1.jpg

O co chodzi z tym weselem?

Wchodzimy, wszyscy odpicowani, piękni (mam na myśli wszystkich z Erasmusa, bo Doga miał trampki, a jego koleżanka ubrała się w jeansy, do tego cała na czarno), wygląda tu jak na jakieś sali w szkole. Wystrój biało – różowy, na stołach TYLKO CIASTKA. Suche, słone, tureckie ciastka. Nic więcej, żadnych nakryć, szklanek, czy talerzy. Grzecznie siedzieliśmy i czekaliśmy. Ja, wciąż łudząc się, że na stoły wjedzie jakieś jedzenie.



Weselny fashion evening

Na parę młodą przyszło nam czekać GODZINĘ, więc miałam wiele czasu, aby przyjrzeć się gościom weselnym, których wciąż przybywało. Ubrani byli od wyboru do koloru – cała gama możliwości outfitowych, z kolekcji przełomu dwóch wieków. Jedne kobiety były wystrojone, w pięknych długich sukniach, po wizycie u fryzjera, z pełnym makijażem, czyli jak na naszym polskim weselu – każdy chce wyglądać najlepiej. Co ciekawe, znacząca większość gości była ubrana… normalnie. W jeansach, koszulkach, niektórzy nawet w bluzach, jakby przyszli do sklepu, a nie na wesele. Byłam w szoku, bo my, obcy ludzie, ubraliśmy się adekwatnie, a znajomi i rodzina przyszła w dresie.

Sesja weselna zawsze w cenie!

Ale to nie był jedyny szok, który przeżyłam na tym weselu. Podczas godzinnego oczekiwania, weselników zabawiał fotograf, który pokazywał każdemu, jak ma pozować – w Turcji nie ma samowoli! Marcin Tyszka, to nic w porównaniu do tureckich mistrzów fotografii eventowej – oni doskonale wiedzą, jak Ty masz wyjść na zdjęciu. Twoje zdanie się tu nie liczy.

Jak się później okazało, zdjęcia były wywoływane na miejscu, z wystawy można było wybrać swoje i kupić je za jedyne 5tl. To był kolejny szok, płacenie za zdjęcie na weselu, ale kupiłam nasze wspólne, na pamiątkę. Dla mnie to powrót do lat 90-tych, gdzie wywoływało się zdjęcia, ale zauważyłam, że w tym kraju to uwielbiają. W Kapadocji sprzedają przecież zdjęcie, które są obramowane w talerzach!



Panna młoda zawsze spóźniona

Gdy weszła para młoda, nie było żadnego przywitania, tylko prosto z drzwi ustawili się do pierwszego tańca. Układ mieli normalny, klasyczny, bujali się do muzyki, przytulając się przy tym.

Oboje wyglądali, jakby zrobili największy błąd swojego życia. Na twarzach wypisane mieli zmęczenie i smutek. Dowiedziałam się potem, że to już ich drugie wesele, bo pierwsze zaliczyli w Stambule. Może to dlatego zabrakło fajerwerków radości w ich zachowaniu. Od razu po smutnej piosence, do której tańczyli, DJ odpalił imprezę na maksa. Na miejscu pojawił się bębniarz, który rozkręcił towarzystwo.



Rozpoczęły się dzikie tańce do tureckiej muzyki, które opierają się na rzucaniu ramionami i klatką piersiową, pstrykaniem palcami i klaskaniem. Totalnie nie czułam tego flow, może też dlatego, że nigdy w życiu nie byłam na weselu… trzeźwa. Tańce, tańce, tańce… Nadal żadnego jedzenia, o piciu nie wspominając, nawet szklanki wody. Tylko rzucanie się jak rezus.

Tureckie oczepiny

Hej wesele i hej oczepiny! Czy to Polska, Turcja, czy Pakistan, jakaś tradycja musi na imprezie być. Tutaj oczepiny wyglądały w sposób taki, że panna młoda tańczyła dookoła siedzącego na krześle pana młodego, żeby na koniec zrzucić na podłogę jakiś gliniany dzban, który się rozpadł po całym parkiecie. Wcześniej kobiety tańczyły z wiankami wokół niej, dawały jej prezenty, malowały rękę henną. Panna młoda na oczepiny specjalnie się przebrała, klasyczną białą suknię ślubną zamieniła na białą, ale wąską suknię, na którą założyła tradycyjny różowy płaszcz do samej ziemi. W tym tureckim outficie została już do samego końca. W pewnym momencie przyszedł też czas na wręczanie parze młodej prezentów. Z 300 zebranych gości, podarek dało tylko 10 osób. Polegało to na przywieszaniu na szarfie pary młodej pieniędzy lub złota. Chciałabym też dodać, że owa para ani razu nie usiadła na tym weselu! Mieli oni oczywiście swój stół, ale podczas swojej imprezy cały czas byli w ruchu.



Weselnego menu początek i koniec

Nagle zrobiła się jakaś afera, wszyscy patrzyli na drzwi, a tu czekało wielkie wydarzenie – na salę wjechał wózek z napojami – jedna puszka na osobę!. Po takim napojeniu człowiek miał siłę na kolejne dzikie swawole. I znów zabawa, panna młoda, otoczona wianuszkiem kobiet tańczących w tureckich rytmach – wyglądająca na bardzo zmęczoną, pstrykała jedynie palcami. Wreszcie nastąpił jakiś przełom, to już drugi po wielkim rozdaniu puszek Fanty.

Cała impreza zamarła, bo WJECHAŁ TORT!

Skoro nie było żadnego jedzenia przed, a o 22 wjeżdża gwóźdź programu każdego wesela, przestałam się łudzić, że dostaniemy cokolwiek do przekąszenia. Jak ze wszystkim na tej imprezie, i z krojeniem tortu poszło bardzo szybko. Para młoda ukroiła sobie po kawału, poczęstowali się, tak samo, jak na naszych weselach, po czym tort został wywieziony z sali. Prawie dostałam zawału, że nawet tego nam nie dadzą do zjedzenia! Na szczęście, po jakichś 10 minutach każdemu został wręczony kawałek białego tortu, oczywiście na papierowych talerzykach. Impreza zatrzymała się na pół godziny, wszyscy goście, a było ich około 300, delektowali się tortem, który wybitnie mi nie smakował. Nie lubię tureckich wyrobów cukierniczych, ponieważ są bardzo, ale to bardzo słodkie, ciężkie i różne od naszych. Jestem ogromną fanką tortów wszelkiej maści i uwierzcie mi, że nigdy sobie kawałka nie odmówię. Tam jednak nie dałam rady. Jestem ogromnie wdzięczna parze młodej, że zadbała chociaż o taki skromny poczęstunek, jednak… no nie dałam rady. Przy okazji mogliśmy zobaczyć animację ukazującą parą młodą, w jeszcze młodszej wersji – na zdjęciach wyświetlanych na ścianie nad moją głową.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie img-20180414-wa0011-1.jpg

Show must go on

Panna młoda zawołała nagle Doga do siebie, chwilę rozmawiali, a my przy stole patrzeliśmy na to z przerażeniem. Okazało się, że ona by bardzo chciała, abyśmy ekipą zatańczyli z jej rodziną na parkiecie. Wcześniej oczywiście mieliśmy zostać wywołani przez weselnego wodzireja, jako przybysze z zagranicy. Ja się boję takich akcji, zwłaszcza, że a) nie umiem tańczyć, b) byłam trzeźwa, c) wszyscy mieli na mnie patrzeć, d) nie czułam totalnie muzyki bębniarza. Przypomniało mi się jednak, że mój Erasmus to YOLO, raz się żyje, a ja robię wszystko, co daje mi życie. W ten sposób, po przedstawieniu nas przez DJ, znaleźliśmy się na parkiecie otoczonym dziesiątkami ludzi wpatrzonych w naszą piątkę.

Kobieta, przypominająca łudząco Annę Dymną, wyciągnęła na parkiet Umara, którego taniec rozbawił całą salę. Uwielbiam tego dzieciaka! Potem na środek dał się wciągnąć Mommer, a na koniec nawet Maciej (któremu zresztą przypadły do gustu tureckie rytmy). Ja wciąż czekałam na Tarkana, jednak na tym weselu usłyszałam tylko tradycyjną muzykę, której nie czuję, w przeciwieństwie na przykład do koleżanki Doga, która rzucała się w jej rytm jak Beyonce.

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie img-20180414-wa0009.jpg

Tańczyłam, klaskałam, rzucałam ramionami. Trafiłam do koła, w którym wszyscy trzymali się za małe palce, chodząc po 3 kroki do przodu i jeden do tyłu. Wreszcie się rozkręciłam, zrozumiałam ich kocie ruchy, zaczęłam się dobrze bawić. Zrobiłam to, co robię zawsze i wszędzie – podeszłam do DJ, aby zamówić Dudu Tarkana. I co? Facet zatrzasnął w tym samym momencie laptopa i powiedział, że jest godzina 23 i zamykamy wesele! ŻE CO? O 23?! Tego kolega też nam nie powiedział. Ani, że nie będzie żadnego jedzenia, ani, że ta impreza skończy się o 23, jak zresztą każde tureckie wesele. To był mój kolejny, na szczęście ostatni szok, wesele do 23, bez jedzenia i picia.  Wyglądało, jakby ktoś je przyspieszył jakąś aplikacją. Panna młoda po kolei robiła co musiała, nigdy się nie uśmiechając, po prostu odbębniając ich tradycję.

Po co mieć jedno wesele, skoro można mieć ich trzy?

Dodam, że za tydzień, 20.04 mają jeszcze raz wesele, tym razem w Ankarze (nie wiem dla kogo, czy rodziny, czy znajomych, ale w Turcji ludzie robią i po 3 wesela). Gdy się o tym dowiedziałam – zrozumiałam, dlaczego oni mieli takie miny. Skoro oni kolejny raz musieli odbębnić te same czynności, a czekał ich jeszcze finał w Ankarze, to rzeczywiście mieli prawo być znudzeni. Zrozumiałam też, dlatego na weselu nie było żadnego jedzenia – para poniosła koszty jedynie za wynajem sali, który w Turcji jest podobno ogromny. Ugościli 300 osób na tyle, na ile było ich stać. Tutaj chodzi chyba o obecność, a nie wspólne biesiadowanie. Cztery godziny dzikiego tańca, zwieńczone kawałkiem tortu i mini prezentem w postaci mieszanki orzechów. Ja mam za to wspomnienie na całe życie, bo byłam na prawdziwym tureckim weselu!

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie henna.jpg
Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie orzeszki.jpg

Najśmieszniejsze jest to, że szykowaliśmy się na nie cały dzień, Maciej kupił nowe buty, był u fryzjera, ja farbowałam włosy, ubrałam nawet szpilki, Umar i Mommer też się przygotowali, a tutaj taka niespodzianka!

W życiu nie byłam taka głodna

Jeśli kiedykolwiek ktoś zaprosi mnie na wesele w Turcji, teraz już wiem, że trzeba się przed nim syto najeść. My tej nocy dosłownie umieraliśmy z głodu. Pojechaliśmy więc Izbanem na Bostanlı, aby coś wreszcie zjeść. Zamówiliśmy tureckie tosty, cokolwiek, żeby napełnić pusty żołądek. Siedząc w restauracji moim oczom ukazała się para młoda, która weszła po… kebaba! Widocznie tutaj większość wesel jest tak skromnych, że para młoda po weselu musi iść na kebaba. Co śmieszniejsze – byli w ubraniach weselnych, on w garniturze, ona w białej sukni z welonem, w jednej ręce trzymali akt ślubu, a w drugiej donera.

Po kolacji poszliśmy się przejść brzegiem morza, bo noc była wybornie ciepła. Na wybrzeżu spotkaliśmy trzecią parę młodą tej nocy, tym razem z całym tabunem rodziny, która spacerowała sobie po Izmirze o 2 w nocy.

Wróciliśmy do domu o 3 nad ranem, pora była więc prawdziwie weselna, pierwszy raz trzeźwi i nie zmęczeni tańcem. Co to dużo mówić – mieliśmy nową przygodę do odhaczenia. Ten kolega, który zorganizował wyjście na tę imprezę obiecał mi, że gdy ktoś zaprosi go na normalne wesele z jedzeniem, to weźmie mnie jako partnerkę. Co więcej, gdy on będzie brał ślub, mam być jego świadkiem – i mam nadzieję, że wtedy będziemy bawić się co najmniej do trzeciej, przy pełnych stołach.

Jeśli zaciekawiła Was moja relacja z tureckiego wesela, TUTAJ znajdziecie opis etapów tureckiego zamążpójścia w TEORII.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s