Turcja w czasach COVID-19. Moja relacja z podróży w dobie pandemii koronawirusa

Wreszcie się udało! Po 10 miesiącach w Polsce, załatwiłam wyjazd do Turcji na 9 pięknych dni, o czym nie mówiłam nikomu. Nigdy w życiu nie stresowałam się tak przed żadną podróżą i najzwyczajniej w świecie, nie chciałam zapeszać, bo w obecnych czasach bałam się, czy ten wyjazd dojdzie do skutku. Napisałam, co przeżyłam z własnego doświadczenia, podróżując po Turcji w 2020 roku.

Podróże w czasach pandemii koronawirusa

Po pierwsze: FLIXBUS Bydgoszcz – Berlin

Przed wejściem do autokaru, kierowcy zmierzyli każdemu temperaturę oraz podali płyn dezynfekujący. Podczas całej podróży obowiązywały oczywiście maski, ale od wejścia widać, że może 3 osoby trzymały je rzeczywiście na twarzy. Kurs był nocny, więc pasażerowie leżeli rozłożeni jak żaby na liściu, a my musieliśmy wciskać się pomiędzy rozłożone do granic możliwości fotele, bo nikt nie raczył zrobić nam miejsca. Nikt też nie wpadł na to, żeby sprzedać mniej miejsc, aby w dobie koronawirusa, każdy mógł siedzieć sam – w Poznaniu autokar zapełnił się praktycznie w całości… Przejechaliśmy więc 6,5 godzin, non stop w masce, bez żadnego przystanku.

Berlin

W Niemczech nie było obowiązku noszenia masek, więc specjalnie poszliśmy na długi spacer, aby ostatni raz (i to dosłownie) powdychać świeżego powietrza. Potem, od założenia o 8 rano maski, wchodząc do komunikacji miejskiej, musieliśmy je mieć cały czas, aż do 19, gdy weszliśmy do pokoju w hotelu (ja wymieniam swoje maski co chwilę, bo ani ja, ani moja skóra nie wytrzymujemy w jednej masce non stop, choć zdarzają się takie asy, które noszą po 100 godzin maseczki jednorazowe…).

Lotnisko TXL TEGEL – Berlin

Wchodząc na lotnisko, nie zauważyliśmy żadnych kamer termowizyjnych, nikt też nie pilnuje wejścia, czy jesteś w masce, czy też nie – wchodzi się jak zwykle. Zaskoczył mnie jednak widok lotniska w środku, bo wyglądało, jak po apokalipsie. Zawsze wypchane po brzegi, kolejki na każdym terminalu, ludzie z całego świata, mix języków, jak na wieży Babel, a teraz? PUSTO.

Żywej duszy! Mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu do odprawy, więc zrobiliśmy sobie spacer wokół lotniska, które naprawdę przeraża. Plotki głoszą, że mają je ostatecznie zamknąć na zawsze, co tłumaczyłoby zmniejszoną ilość lotów, ale nie mogłam znaleźć oficjalnej informacji o zlikwidowaniu TXL, więc kto wie… Mijały nas jedynie patrole policji, kolejek nie było w ogóle. Ludzie zebrali się nagle do naszego lotu, nie mam pojęcia, skąd oni się urwali, bo wyglądało to tak, jakby tego dnia to lotnisko obsługiwało wyłącznie Stambuł, bo ani za nami, ani przed nami w kolejkach do odpraw nie było ludzi.

ODPRAWA

Przy odprawie paszportowej celnik kazał nam na chwilę odsłonić twarz, tak poza tym, non stop chodziliśmy w maskach. Nadal nikt nie mierzył nam temperatury, nikt nic nie sprawdzał, wszystko przebiegało jak zwykle, tyle, że w maskach. Na naszym terminalu zrobiło się nagle tłoczno, bo trzymali nas w maleńkiej przestrzeni, a nie było nawet gdzie się przejść, bo na Tegel nie ma hali odlotów, tylko podzielone ścianami terminale. Na domiar złego, nawet sklep bezcłowy zamknęli, więc totalnie nie było tam co robić, pozostało tylko czekać na samolot.

W SAMOLOCIE

Na wejściu witają stewardzi uśmiechający się pod maskami, rozdając każdemu pakiet zawierający: maseczkę chirurgiczną oraz chusteczkę dezynfekującą. Lecieliśmy Turkish Airlines, więc obyło się bez sprzedaży kosmetyków, perfum i losów na loterii. Dostaliśmy posiłek, niestety jedynie suchy, ale zawsze.

Pora naszego lunchu była jedynym momentem, podczas którego mogliśmy zdjąć maski. Tak poza tym – trzy godziny cały czas musieliśmy siedzieć zakryci. Wprowadzono też nową zasadę (którą uwielbiam!). Nie można wybrać miejsca na środku, sprzedawane są bilety wyłącznie na miejsca przy oknie i od korytarza. Dzięki temu nikt obcy nie usiądzie pomiędzy Was, albo co gorsza przy oknie! (a miałam tak lecąc do Izmiru, że seniorka miała miejsce w środku i owszem przesiadła się, żebyśmy siedzieli z Maciejem razem, ale pod okno). Personel samolotu pilnuje tego, aby ludzie nie siadali we trójkę, podchodzili do każdego i pytali, czy na pewno te osoby są rodziną i czy koniecznie muszą siedzieć wspólnie. W połowie lotu dostaliśmy do wypełnienia deklarację zdrowia, którą oddawało się potem na kontroli paszportowej. To tyle z nowości, jeśli chodzi o loty. Podsumowując: obowiązek noszenia maseczki podczas całego lotu, wyłączenie miejsc na środku i obowiązek wypełnienia deklaracji zdrowia.

WITAMY W TURCJI!

OBOWIĄZEK NOSZENIA MASECZEK W TURCJI

Należy się przygotować do tego, że w Turcji od 9 września wprowadzono obowiązek zakrywania ust i nosa – wszędzie. Nie tylko w miejscach publicznych, czy w komunikacji. Maseczki należy mieć zawsze i wszędzie, a jest to naprawdę sprawdzane (przynajmniej w Stambule i Bursie, gdzie byłam tego świadkiem). Na lotnisku co chwilę słychać komunikaty po turecku i angielsku, przypominające o stosowaniu bezpiecznego dystansu oraz zakrywaniu ust i nosa. Zarówno pod lotniskiem, jak i na ulicach jest mnóstwo patroli policji, które kontrolują, czy wszyscy mają maski. Brak maski grozi oczywiście grzywną (w wysokości 900 TL). Z tego, co widziałam – ludzie w Turcji naprawdę się pilnują. Nawet jeśli ściągniesz maskę na chwilę, to ktoś zwraca ci uwagę – Maciej ściągnął na sekundę na przystanku w Stambule, już został upomniany; druga sytuacja, gdy wracaliśmy z Bursy do Stambułu i jakiś mężczyzna zdjął maskę i zaczął sobie robić selfie, kobieta siedząca za nim od razu zwróciła mu uwagę. Pod naszym hotelem często stał patrol i gdy tylko na chwilę zdjęło się maskę, od razu podchodzili i nakazywali założyć ją z powrotem.

NA LOTNISKU W TURCJI

Na lotnisku w Stambule wszystko poszło jak z płatka. Tam już zauważyłam kamery termowizyjne, więc może rzeczywiście zmierzono nam w którymś momencie temperaturę. Kontrola paszportowa była najszybszą w mojej tureckiej karierze. Dumna jak paw podeszłam do celnika z polskim paszportem, pierwszy raz w życiu bez wbitej wizy! Ja jestem ogromnie szczęśliwa, że wreszcie zniesiono dla Polaków obowiązek wizowy, bo wjeżdżamy wreszcie za darmo i mamy takie same prawa, jak reszta obywateli UE. Celnik, prócz paszportu, zabiera od każdego deklarację zdrowia, jeśli się jej nie wypełniło w samolocie, to trzeba u niego, na miejscu. I to tyle, wpuszczono mnie do raju! Nawet walizki nadjechały wyjątkowo szybko – wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że Turcja jest na mnie gotowa.

Z LOTNISKA DO CENTRUM

Lotnisko, na którym lądowałam, czyli Sabiha-Gökçen lub SAW, leży na końcu świata. Niestety, nigdy jeszcze nie udało mi się znaleźć połączenia do portu w Europie, dlatego zawsze pada na SAW. Na szczęście, byłam już obeznana w tym, jak dostać się do centrum części europejskiej, więc  szybko znaleźliśmy najlepszy transfer, czyli Havatas.

Lądując na SAW szukajcie autobusów oznaczonych HAVABUS, podchodzicie i pytacie się o swój cel podróży (jadąc do Europy ja zawsze wysiadam na ostatnim przystanku, którym jest TAKSIM). Kierowca pokierował nas do odpowiedniego autobusu i mieliśmy mega fart, bo szykował się już do odjazdu, więc nie traciliśmy czasu na czekanie. Należy tu wspomnieć, że w Turcji sprawa podróży autokarami wygląda inaczej, niż w Polsce, bo tutaj ludzie mają do siebie większe zaufanie. W Turcji panuje zasada – najpierw wsiadasz, potem płacisz.

Oddaje się bagaż, kierowca wręcza bilecik z numerem siedzenia, i ten sam numer przykleja do walizki. Dopiero, gdy autokar rusza, drugi kierowca chodzi i zbiera opłatę za przejazd, rozdając przy tym takie mini bileciki. Jeszcze nie się spotkałam nigdy z sytuacją, w której ktoś nie miał gotówki, także nie wiem, co się stanie, jeśli nie zapłacicie (zawsze przypominam, aby do Turcji zabrać gotówkę, można też wypłacić ją w bankomacie na lotnisku, na przykład z Revoluta). Przejazd z lotniska SAW do Europy to koszt 18 TL, czyli 9 złotych, a trwa godzinę.

Hoş geldiniz Istanbul!

Dojechaliśmy do centrum i pierwsze, co w nas uderzyło, to gorące tureckie powietrze. Ciągnęliśmy nasze ogromne walizki przez całe Istiklal, w 28 stopniach, cały czas mając na twarzy maski. Można się tym wykończyć, bo w Polsce nie zdążyliśmy zaznać upałów, gdy musieliśmy nosić maski na zewnątrz. Ja o niczym tak nie marzyłam, jak o wejściu do hotelu, o zdjęciu tej cholernej maski i prysznicu. Znaleźliśmy hotel, a cała nasza podróż trwała 17 GODZIN! 17 godzin non stop w maskach na twarzach, odparzeni, wycieńczeni, mogliśmy je wreszcie zdjąć, chociaż na chwilę.

TURECKIE HOTELE W DOBIE KORONAWIRUSA

Wybraliśmy butikowy hotel niedaleko wieży Galata, w którym czekał jedynie pan recepcjonista. Co prawda miał maskę i my też musieliśmy ją mieć. Temperatury nam nie zmierzono, podano nam na dłonie kolonię, ale każdy, kto kiedykolwiek był w Turcji – wie, że kolonia to żadna nowość. Turcy od zawsze ciągle myją ręce, mają kolonię wszędzie, przy kasach w sklepach, w restauracjach, biurach i autobusach. Kolonia to nic innego, jak płyn dezynfekujący, zazwyczaj o zapachu cytryny, zawierający 80 procent alkoholu.

Noszenie maseczek obowiązuje na terenie całego hotelu, można je ściągać jedynie w restauracji, gdy podadzą nam posiłek oraz oczywiście w swoim pokoju (dodatkowo, w naszej siłowni hotelowej, też mogliśmy ćwiczyć bez masek).

Jedzenie dostawaliśmy gotowe na talerzach, nie mieliśmy szwedzkiego stołu. Cała obsługa non stop chodziła w maskach. Codziennie sprzątano nam dokładnie pokoje i wymieniano pościele.

Jeśli chodzi o baseny, w naszym hotelu był basen, ale niestety nie mogliśmy z niego korzystać… Do teraz nie wiemy czemu, bo przez cały pobyt był zapełniony wodą, więc  raczej nie przez covid-19. Nie musicie się jednak obawiać, że w Waszych hotelach również baseny będą nieczynne, bo pytałam się turystów z innych miejscowości i mówili, że mogli normalnie korzystać z basenów przy hotelu.

ZWIEDZANIE, A KORONAWIRUS

Tak jak wcześniej wspominałam, największą zmianą jest fakt, że trzeba mieć założoną maskę. Można było ją ściągać do zdjęcia, ale po chwili zakładałam z powrotem. Naprawdę świetne jest to, że większość Turków rzeczywiście te maski ma. Nie widziałam żadnych ewenementów głoszących idee przeciwko noszeniu masek, skoro trzeba je zakładać, to je zakładają!

Zwiedzamy więc w tym roku zakryci. Aby wejść w Turcji do jakiegoś obleganego miejsca, przechodzi się najpierw przez kontrolę bezpieczeństwa. Tak jest na lotniskach (kontrola obowiązuje wszystkich, którzy chcą się dostać na jego teren, dlatego w Turcji zawsze lepiej przyjechać na lotnisko trochę wcześniej), w galeriach handlowych, na uczelniach, ale także na bazarach. W tym roku, prócz wyżej wspomnianej kontroli bezpieczeństwa, dochodzi też sprawdzanie temperatury.

Wszędzie, gdzie wchodziliśmy, mierzyli nam temperaturę: do każdej restauracji (nawet w KCF, czy McDonaldzie), w sklepach (LC Waikiki zarówno z Stambule, jak i w Bursie), na bazar. Na wejściu stoi pracownik, który przypomina o obowiązku założenia maski i mierzy każdemu temperaturę.

Jeśli chodzi o restauracje, to wpierw mierzyli nam temperaturę, a potem kelner zaprowadzał nas do stolika, nie mogliśmy sobie sami wybierać miejsca.

Chcąc zwiedzać popularne miejsca, należy liczyć się z wprowadzonymi limitami. Ciekawostką jest kontrola na Sultanahmet w Stambule, gdzie znajdują się najważniejsze zabytki, takie jak: Hagia Sophia, Błękitny Meczet oraz Pałac Topkapı. Niegdyś można było swobodnie spacerować pomiędzy owymi zabytkami, a przez kontrolę przechodziło się dopiero na wejściu do każdego z nich. W tym roku wprowadzono nowe zasady. Cała ulica i plac już od przystanku tramwajowego są ogrodzone płotem, którego pilnuje żandarmeria, policja i Zabita (turecki odpowiednik straży miejskiej). Z tramwaju należy kierować się (za tłumem) naokoło, aby dojść wreszcie do wejścia z  kontrolą bezpieczeństwa. Niestety, nie zamontowano tu tradycyjnych już w Turcji bramek, na wejściu są dwa namioty, jeden dla mężczyzn, drugi dla kobiet. Wygląda to jak wchodzenie na festiwal, należy pokazać zawartość torebki, trzeba mieć też oczywiście zakryte usta i nos. Tak, jak Turcy podchodzili do kontroli raczej frywolnie, bo człowiek piszczy na tych bramkach, a oni nic – tak tutaj na Sultanahmet przetrzepali nas od stóp do głów.

*UWAGA podaję tipa, żebyście nie popełnili naszego błędu! Idźcie najpierw do Błękitnego Meczetu, a potem do Hagii Sophii lub Topkapı. Dlaczego? Bo my weszliśmy najpierw do Hagii, a jak potem się okazało, wychodzi się z niej z powrotem na ulicę, przez co znów należy stawić się do kontroli…

Jeśli chodzi o Hagię Sophię, to kolejka do niej ciągnęła się przez cały plac! Teraz wpuszczają ludzi na raty, zlikwidowano bramki bezpieczeństwa na wejściu oraz kasy (gdy HS miała status muzeum, trzeba było kupić do niej bilet lub okazać Muze Kart). Teraz czeka się na swoją kolej z dziesiątkami innych osób, my czekaliśmy na 5 zmian, aż ostatecznie dobiegliśmy w ostatniej chwili. Na wejściu, zamiast kasjerów, czeka „straż meczetu”, która pilnuje, aby kobiety wchodziły do HS zakryte. Na szczęście, jeśli ktoś zapomniał o swojej chuście, to nadal można ją wypożyczyć, ale nareszcie w wersji jednorazowej, a nie jak kiedyś – gdy trzeba było ubierać tę samą chustę po setkach turystek.

Na bazarach, na pewno było mniej osób, niż zauważyłam parę lat temu. Tak, jak wcześniej wspominałam – przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa + mierzenie temperatury. Co do sprzedawców, to nic się nie zmieniło, cały czas zapraszają w progi swoich straganów, mając w dłoniach tace wypełnione słodyczami. Ja nie odważyłam się wziąć nic do ust, grzecznie chodząc w masce.

PODRÓŻOWANIE KOMUNIKACJĄ MIEJSKĄ

Jeszcze dwa lata temu nie było takiej opcji, aby zobaczyć drugi koniec wagonu w stambulskim tramwaju. Środki komunikacji miejskiej były wypchane po brzegi, jak autobusy w Polsce 1 listopada. Po prostu nie dało się do nich wejść, pamiętam, jak raz czekaliśmy, aż przyjedzie trzeci tramwaj, z nadzieją, że będzie w nim miejsce. Dobre żarty! Przecież to Stambuł, miasto 20 milionów ludzi!

Jak jest w 2020 roku? Moi drodzy, USIADAŁAM W TRAMWAJU! Szok! Mimo, że wszędzie dookoła było mnóstwo ludzi, to w środkach komunikacji miejskiej widać przebłyski, jest mniej osób, na fotelach są naklejki, aby nie siadać obok siebie, a co najważniejsze – nie ma tłoku. Być może ja trafiłam na takiego farta, ale wydaje mi się, że po prostu puszczają więcej autobusów i tramwajów, przez co jeździ nimi mniej pasażerów.

Jeśli chodzi o kwestię podróżowania komunikacją miejską po Stambule, a w ogóle w Turcji, to planuję ją skrupulatnie opisać w przewodnikach, ale będąc w dużych miastach, należy zaopatrzyć się w kartę miejską. Izmir Kart, Antalya Kart, Istanbul Kart itd. Wrzucam Wam zdjęcie poglądowe, jak wygląda maszyna do wydawania owej karty.

W każdym mieście, od dwóch lat bez zmian, kosztują one 6 TL, a w Stambule za jeden przejazd płaci się 3,50 TL (każde miasto ma swoje zasady, bo w Izmirze dla przykładu, płaci się 1,80 TL, a bilet jest 90 – minutowy i można z niego korzystać we wszystkich środkach transportu).

Ku ciekawostce dodam, że w Turcji nie da się jeździć na gapę. Wchodząc do autobusu, odbijamy kartę u kierowcy, nie da się wejść drzwiami z tyłu (a jeśli się da, to Turcy podają swoje karty do przodu, żeby ktoś im odbił). Z tramwajami sprawa wygląda tak, że mamy bramkę (jak do metra), odbijamy kartę i wtedy odblokowuje nam się przejście. Co ciekawe, dookoła nie ma płotów, więc niby dałoby się przejść na gapę, ale nie tutaj! Na każdym przystanku stoi budka, w której stacjonuje strażnik pilnujący porządku na przystanku, od rana do nocy!

WALUTA

Turecka waluta jest tematem smutnym, jak filmy o chorych zwierzątkach. Serio. Wyobraźcie sobie, że gdy przeprowadziłam się do Turcji w styczniu 2018 roku, 1 euro = 4 TL. Wychodziło wtedy prawie 1:1 ze złotówkami, piszę prawie, bo płacąc kartą liczyłam sobie 1:1, a  potem cieszyłam się, że wzięło mi 2 złote mniej.

Wtedy dużo rzeczy w Turcji wydawało mi się drogich. Aż waluta zaczęła spadać. Kończąc semestr na koniec maja, za  1 euro dostawałam już 4,5 TL. Wtedy różnica wydawała się dla mnie ogromna, było super, bo wymieniając 100 euro, miałam 50 lir dodatkowo! Pominę to, co działo się latem 2018 roku, bo mnie tam nie było. Wróciłam do Turcji w maju 2019 roku, i za 1 euro miałam wówczas 6,5 TL. No, żyć nie umierać! Dodam, że ceny nie ruszyły się nawet o krusz, więc kupowałam to samo w niższych dla siebie cenach.

Nadszedł rok 2020. Krach i upadek tureckiej waluty. Serce pęka, gdy w kantorze w centrum Stambułu widzę cenę 1 euro = 9 TL!

To jest dwa razy więcej, niż w 2018 roku. Co tu się dzieje? Widać inflację, ale naprawdę malutką. Pamiętam ceny moich ulubionych produktów i one się nie zmieniają! Piwo, które niegdyś wydawało mi się BARDZO drogie, bo kosztowało 12 TL (czyli na studiach 11zł), teraz kosztuje 6 zł. Najtańsze podpaski kosztowały 20 TL (18 zł dla mnie w 2018), teraz 10. Dzieląc wszystko na pół, Turcja wydaje się być dla nas tańsza, niż Ukraina! Dla turystów to raj, bo przyjeżdżając tutaj wydadzą grosze, ale ja martwię się o gospodarkę mojego ukochanego kraju. Jaki Turek może sobie pozwolić na wyjazd za granicę, gdy chcąc kupić 1 euro, musi zapłacić 9,5 TL? Nie wygląda to dobrze i nie, wcale się nie dziwie, że Turcy są przerażeni.

PODRÓŻOWANIE PO TURCJI – tajemniczy kod HES

To była i jest kwestia sporna. Mianowicie, w swoim ostatnim artykule, zgodnie z informacją znalezioną na stronie RZĄDOWEJ podałam, że HES jest potrzebny do podróżowania transportem wewnętrznym, ale nie ma on zastosowania dla turystów. Na miejscu okazało się, że mimo, iż jestem obcokrajowcem, MUSIAŁAM wyrobić kod HES (zarówno ja, jak i reszta moich znajomych, którzy musieli dojechać na projekt ze Stambułu do Bursy). To jest nasze i tylko nasze doświadczenie, jeśli komuś udało się podróżować po Turcji bez kodu – super, nie neguję, ale my musieliśmy kod wyrobić.

Kod HES (Hayat Eve Sığar), to  personalny kod wdrożony przez Ministerstwo Zdrowia, który ma na celu ograniczenie obecności pasażerów z wynikiem pozytywnym.

Chcąc dowiedzieć się, czy mogę sobie wyrobić HES, przekierowałam się ze strony GOV, na stronę Turkish Airlines, która odrzuciła moje podanie, bo lot miałam międzynarodowy. Zwątpiłam wówczas, o co chodzi z tym HES?! Nikt nie potrafił odpowiedzieć mi na pytanie, czy rzeczywiście go potrzebuję? Nic nie robiłam w tym temacie, aż okazało się, że i mi kod się należy. Na szczęście, na dworzec odwiózł nas nasz cudowny turecki kolega Arif, który rozmawiał z kasjerem. Uprzejmy Pan kasjer oznajmił, że musimy mieć kod HES, bo bez tego nie wpuszczą nas do autokaru. Był na tyle miły, że korzystając z moich danych z paszportu, wyrobił nam go osobiście. Moi znajomi, którzy jechali z innego dworca musieli wygenerować sobie kod samemu, przez SMSa, co nie zadziałało, i im również pomógł kasjer. Nie podróżowaliśmy razem, a mimo to, wszyscy musieliśmy mieć kod HES.

Niestety, nie każdy trafił na uprzejmego Pana. Większość turystów nie ma pojęcia o obowiązku wyrobienia kodu HES (no bo niby skąd, jeśli na stronie rządowej piszą, że turystów on nie dotyczy!). Przez co stojąc w kolejce do autobusów, obcokrajowcy są cofani w celu wyrobienia kodu. Można go sobie wyrobić samemu przez Internet, wtedy kod dostaje się SMSem, ale jest problem z polskimi numerami. Najlepiej więc podejść do kasy i poprosić o kod, wtedy od razu wpisują go na bilecie. Gdy jechaliśmy z Bursy do Stambułu, kasjer na dworcu również poprosił o nasz kod HES. Wiele osób uważa, że to wymysł i Polaków nie dotyczy, ale jeśli ktoś jechał wyłącznie z lotniska do hotelu, to w transferze kod mu nie potrzebny. Chcąc jednak podróżować po Turcji transportem publicznym (autokarami, pociągiem, samolotem, promem) – należy wyrobić KOD HES.

Kod HES jest bezpłatny i wyrabia się go tylko raz.

Oto mój bilet ze Stambułu do Bursy, gdzie prócz numeru paszportu, jest podany kod HES.

PODRÓŻOWANIE MIĘDZY MIASTAMI – nowe zasady

Abstrahując od kontroli bezpieczeństwa i mierzenia temperatury, wprowadzono kolejną nową zasadę. Osoby, które nie są ze sobą spokrewnione (lub nie są z tego samego domu) nie mogą siedzieć razem w autokarze! W ten oto sposób, dostaliśmy z Maciejem osobne miejsca, jeden za drugim, bo mimo, iż jesteśmy parą, nie łączy nas nic prawnie, nie mamy tego samego nazwiska, więc oficjalnie jesteśmy obcymi osobami. W ten oto sposób, rozdzielono nas w podróży ze Stambułu do Bursy.

Jeśli chodzi o samą podróż, to już na wejściu kierowca sprawdzał każdemu temperaturę oraz lał na ręce kolonie. Potem do autokaru wszedł policjant, który z listą sprawdzał dokumenty, i czy na pewno każdy siedzi na swoim miejscu.

*Do kontroli policji/żandarmerii w Turcji należy przywyknąć. Szczególnie, gdy jeździ się liniami nocnymi. Gdy jechaliśmy kiedyś na trasie Alanya – Adana, sprawdzano nas 3 razy! Żandarmeria stacjonuje w namiotach na autostradzie, wchodzi do autokaru (często z psami), sprawdza każdemu dokumenty i wychodzi. Na szczęście my nigdy nie byliśmy świadkami wyprowadzania kogoś z autobusu.

Podróże po Turcji są o wiele bardziej komfortowe, niż wielogodzinne tłuczenie się polskim PKSem. Po pierwsze – w Turcji jest ogromny wybór firm transportowych, do wyboru do koloru. Wchodząc na dworzec, wszyscy rzucają się na Ciebie krzycząc: IZMIR, ISTANBUL, ANTALYA itd. Nie można się od nich odgonić, ale jest to też bardzo pomocne, bo wchodzisz, mówisz: BURSA i zaprowadzają cię za rączkę do autobusu. Autobusy kursują praktycznie non stop, więc najdłużej czekałam w swoim życiu godzinę na przejazd, a zazwyczaj wchodzę  na dworzec i od razu coś znajduję.

W tureckich autokarach są stewardzi! Naprawdę, jak w samolocie. Jeżdżą z serwisem, kawa, herbata, woda, soczek. Wybierasz na co masz ochotę, do tego coś słodkiego. Co jakiś czas przechadzają się z kolonią, aby obmyć ręce. Dbają o temperaturę w środku, o to, aby kobiety siedziały z kobietami, a mężczyźni z mężczyznami (jeśli podróżuje się po Turcji solo, to zawsze sprzedają bilety tak, aby siedzieć z tą samą płcią, co jest mega komfortowe!). Te wszystkie udogodnienia są niczym przy tym, że pan steward pamięta, gdzie masz wysiąść i przyjdzie cię obudzić! To jest takie urocze, że zawsze kończę podróż z uśmiechem.

PODRÓŻ POWROTNA

TEST NA OBECNOŚĆ KORONAWIRUSA

Tak, robili mi test! Czy Wy też macie obowiązek wykonania testu? Zależy od tego, gdzie lecicie. Ja miałam kupione bilety do Niemiec, które wprowadziły zasadę, że każdy, kto przylatuje z Turcji, musi mieć negatywny wynik testu, który należy wykonać minimum 48h przed wejściem na pokład[1].


SMSy, które dostałam od Turkish Airlines 3 dni przed wylotem.

Jeśli chodzi o test, to do samego końca nie wiedziałam, czy muszę go wykonać, czy nie. Jedni mówili, że nie trzeba, jeśli się tylko przesiadam i będę tylko parę godzin w Niemczech. Inni mówili, że bez testu nie wpuszczą mnie na pokład. I mieli rację!

Chcieliśmy wykonać test w szpitalu, ale było przy tym tyle zamieszania, że ostatecznie zdecydowaliśmy się na zrobienie testu na lotnisku. W tym celu wróciliśmy wcześniej do Stambułu, prosto z Bursy pojechaliśmy na nasze lotnisko SAW i szukaliśmy punktu medycznego. Wiele osób pisało, że można tam wejść dopiero po odprawie, to nieprawda!

Laboratorium znajduje się w hali przylotów, wchodząc na lotnisko (po pierwszej kontroli bezpieczeństwa), należy zejść piętro niżej i znaleźć punkt o nazwie Acıbadem Clinic. TUTAJ podaję Wam oficjalną informację ze strony lotniska.

Koszt wykonania testu, to 250 TL, czyli 125zł. W kolejce do rejestracji czekałam 10 minut (przed nami była tylko jedna rodzina), kasjerka bierze nasz paszport, spisuje dane, drukuje nam specjalny kod, daje próbówkę i płacimy (można też kartą).

Test odbywa się w budce obok i trwa 30 sekund. Osoba, która go wykonywała włożyła nam patyczek do nosa na 10 sekund, zamknęła w próbówce i tyle. Po bólu. Pytałam, co się stanie, jeśli mój wynik okaże się pozytywny, dowiedziałam się tylko tyle, że wezmą mnie do gabinetu Ministerstwa Zdrowia i zastanowią się, co dalej…

Na wynik testu czeka się od 4-6 godzin, więc zdecydowaliśmy, że odbierzemy go rano, przed wylotem. Podchodzi się do punktu odbioru wyników, podaje paszport, na którym wcześniej nakleili nam specjalny kod i odbiera się wynik. Mój na szczęście był NEGATYWNY! Wiem, że na niektórych lotniskach wynik jest wysyłany na maila, bądź SMSem, niestety tutaj można go odebrać wyłącznie osobiście na papierze.

Czy rzeczywiście sprawdzają wynik testu?

TAK! I to z 5 razy. Gdy staliśmy w kolejce z nadaniem bagażu, to chyba z 3 osoby sprawdzały mój paszport i wynik. Zostałam wzięta do okienka bez kolejki, gdzie pani nadająca mój bagaż 50 raz zapytała, czy mam wynik negatywny. Przy kontroli celnej nikt się testem nie interesuje (bo też nie każde państwo tego wymaga). Zmieniło się natomiast wejście do gate-u. Jest ogrodzone i aby w ogóle do niego wejść, należy pokazać paszport, bilet, a co najważniejsze – wynik testu. Potem wychodząc z lotniska i przechodząc do autobusu, kolejny raz sprawdzano mi ten słynny wynik oraz ostatni raz temperaturę.

W samolocie na szczęście nikt nam już nic nie sprawdzał, poproszono nas za to, abyśmy zmienili swoje kolorowe maski, na ichnie – chirurgiczne.

BERLIN

W samolocie kolejny raz dostaliśmy do wypełnienia deklarację zdrowia, którą oddaje się celnikowi na kontroli. Nie mieliśmy terminalu z bramkami, które skanują paszport i twarz, podchodzi się osobiście do celnika. W Niemczech nikt już nie sprawdzał naszego testu.

CZY WARTO BYŁO SZALEĆ TAK?

Boże, TAK! Lądując  w Turcji byłam najszczęśliwsza na świecie, że wreszcie przyjechałam do swojego ukochanego kraju. Mimo tych wszystkich ograniczeń, kodów, testów i maseczek – przez 9 dni poczułam spokój, bo byłam w miejscu, które kocham.

Alleluja, dobrnęłam do końca! To są wszystkie różnice, które zauważyłam będąc w Turcji w tym przedziwnym, 2020 roku. Mam nadzieję, że kolejny pobyt odbędzie się już w normalnych czasach, tymczasem zabieram się za pisanie dla Was mini przewodników.

KORONAWIRUS W TURCJI – AKTUALIZACJE

SYTUACJA W LUTYM – KLIK

SYTUACJA W MARCU – KLIK

[1] https://www.bundesgesundheitsministerium.de/coronavirus-infos-reisende/faq-tests-einreisende-englisch.html?s=09

Reklama

2 komentarze Dodaj własny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s