„Turczynki wolą cesarkę”. Tureckie porody okiem polskiej położnej [WYWIAD Z IGĄ]

Temat macierzyństwa jest ostatnim, na jaki powinnam się wypowiadać. Nie mam pojęcia o wychowywaniu, a już w ogóle o rodzeniu dzieci. Mimo to, ciekawość nie pozwoliła mi przejść koło macierzyństwa obojętnie. Zwłaszcza tego tureckiego, bo o Turcji chcę wiedzieć wszystko! Aby rozwiać wszelkie wątpliwości, znalazłam specjalistkę, która tureckie szpitale poznała od kuchni. Widziała, jak rodzili się młodzi Turcy i wie, jakie są różnice pomiędzy polskimi i tureckimi porodówkami. A zważywszy na to, że 28 lat temu moja mama odwiedziła pewien bydgoski szpital, aby wydać mnie na świat – uważam, że to idealny dzień, aby opublikować wywiad z Igą Moraczewską – polską położną, która studiowała w Turcji.

Od lat słuchałam o Erasmusie. Zazwyczaj podziwiałam jedynie znajomych, którzy odważyli się wyjechać na drugi koniec Europy na studia. No właśnie – studia. Erasmus kojarzy mi się tylko i wyłącznie z tym, że jedzie się tam na konkretną uczelnię, gdzie odbywają się zajęcia, i w sumie to tyle… Byłam w błędzie! Zapomniałam o kierunkach praktycznych, na przykład medycznych. Studenci mają wówczas zajęcia zarówno na uniwersytecie, jak i w szpitalu. Rodzi się więc pytanie, jak to jest pracować w szpitalu za granicą? Dowiecie się tego z wywiadu, który przeprowadziłam z Igą, która wyjechała na Erasmusa do Turcji, będąc studentką położnictwa. Przed Wami tajniki tureckich szpitali.

ERASMUS W TURCJI

Skąd pomysł aby iść na studia położnicze?

Od dziecka wiedziałam, że chcę pomagać ludziom, by moje życie miało sens. Uważam, że każdy ma jakąś rolę do odegrania w życiu i każdy ma inną filozofię życiową. By móc realizować własną, pracowałam jako wolontariusz w szpitalu w Toruniu, jeszcze zanim zdobyłam pierwszy zawód medyczny – ratownika medycznego.

Na praktykach na bloku operacyjnym na ratownictwie medycznym, intubowałam pacjentki do zabiegów ginekologicznych.

Ginekologia i położnictwo cały czas gdzieś się przewijały w moim życiu. Ukradkiem podglądałam pracę położnych na „sali cięć cesarskich”. W końcu zapytałam czy mogę pomagać na sali porodowej i tak rozpoczęła się moja przygoda
z położnictwem. Poznałam pracę położnej od kuchni i mnie to wciągnęło do tego stopnia, że sama postanowiłam zostać położną. W pełni świadomie wybrałam ten zawód, znając zarówno jego plusy, jak i minusy.

Studiowałam położnictwo na studiach pierwszego stopnia na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi. Uzupełniające studia magisterskie, na tym samym kierunku, ukończyłam na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. To właśnie podczas tych drugich studiów wyjechałam do Turcji, w ramach programu „Lifelong Learning Programme – Erasmus”, gdzie studiowałam położnictwo w języku angielskim.

Co Cię podkusiło, aby wyjechać na Erasmusa?

Na studiach w Łodzi mieszkałam w akademiku ze studentami, różnych kierunków medycznych, z całego świata. Wiedziałam, że Erasmus będzie równie cennym doświadczeniem. Poza tym już wtedy miałam problemy zdrowotne i starałam się wykorzystywać życiowe szanse. Dlatego zdecydowałam się skorzystać z możliwości wzięcia udziału w tym programie.

Klasyczne pytanie – dlaczego właśnie do Turcji?

To był czysty przypadek. Spośród studentek położnictwa aplikujących do programu Erasmus na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, miałam najwięcej punktów, więc mogłam wybrać każdą uczelnię z proponowanych, mając komfort, że wszędzie się dostanę.

Miałam do wyboru uniwersytet w Ponta Delgada, na wyspie São Miguel na Azorach – Universidade dos Açores i dwa uniwersytety w Turcji. Kocham przyrodę, więc zielone Azory wydawały mi się rajem na Ziemi. Poza tym jeżdżenie Jeepem po wyspie, na wizyty domowe, rysowało mi się jako ekscytująca przygoda.

Niestety, w ostatnim momencie uczelnia wycofała się z wymiany, tłumacząc się brakiem wystarczających chętnych do otworzenia tego kierunku na studiach magisterskich. Turcja więc była alternatywą. Wiedziałam z BBC, że ISIS zaczyna się zbroić, dlatego zamiast podobno lepszego uniwersytetu przy granicy z Syrią, z rozsądku wybrałam uczelnię w Samsun nad Morzem Czarnym – Ondokuz Mayıs Üniversitesi. Zdjęcie ze mną do dziś reklamuje ten uniwersytet na Wikipedii.

Fot. Wikipedia

TURECKIE SZPITALE

Nie bałaś się, że w szpitalu za granicą będą panowały zupełnie inne zasady? Że wszystko, czego nauczyłaś się w Polsce, legnie w gruzach?

Nie. Są pewne standardy, których wszędzie na  świecie medycy starają się przestrzegać, ale tak naprawdę w każdym szpitalu panują różne zasady. Przywykłam do dużych rozbieżności pomiędzy szpitalami w Polsce.

Wszystko zależy od profilu szpitala, stopnia referencyjności, lekarza ordynatora, położnej oddziałowej, a także innych pracowników. Istnieją też odmienne trendy
w prowadzeniu porodów w zależności od województwa. Wrażenie, że wszystko, czego się nauczyłam legło w gruzach, miałam po ukończeniu studiów licencjackich w Łodzi, podczas uczestniczenia w porodzie w szpitalu w Warszawie.

W Turcji najbardziej bałam się, że zrobię krzywdę kobiecie, przez błąd komunikacyjny z turecką położną. Z tego powodu np. nie wykonałam iniekcji, nie znając nazwy międzynarodowej leku, który miałam podać. Na szczęście prawie zawsze podczas praktyk miałam dostępną tłumaczkę.

Koleżanki ze studiów Igi.

Niestety miałam okazję odwiedzić turecki szpital, gdy skręciłam nogę. Ta wizyta była przerażająca! RTG przy otwartych drzwiach, lekarz, który usztywniał mi kostkę w powietrzu, gdy ja siedziałam na krześle dla interesantów.

W Polsce też nie raz widziałam wykonywane prześwietlenie przy otwartych drzwiach, ale jestem przekonana, że gdybyś miała wykonywane zdjęcie klatki piersiowej, to drzwi byłyby zamknięte. 🙂 Z poziomem prywatności w tureckiej ochronie zdrowia bywa różnie, za to jest tam większa troska o intymność.

MOJA TURECKA DRAMA – SPRAWDŹ

Nie ma na mapie Ziemi miejsca idealnego, zarówno do życia, jak i do leczenia. Myślę, że standard w tureckich szpitalach jest wyższy, niż w wielu polskich. Odbywałam praktyki w dwóch szpitalach w Samsun – jednym państwowym, wieloprofilowym, który mieści się na terenie miasteczka akademickiego oraz w jednym prywatnym, ginekologiczno-położniczo-pediatrycznym, który jest zlokalizowany w centrum miasta.

Standard w specjalistycznym szpitalu prywatnym był tylko nieco wyższy, natomiast wynagrodzenie pracowników ochrony zdrowia było niższe
w prywatnym szpitalu, w przeciwieństwie do Polski.

Iga przed prywatnym szpitalem.

Jak wygląda turecki szpital z Twojej perspektywy. Na studiach poznałaś zapewne nie jedną placówkę w Polsce, czym różnią się one od tureckich?

To, co od początku przykuło moją uwagę w tureckich szpitalach i znacznie ułatwiło mi dotarcie w wyznaczone miejsce praktyk, to system oznakowania oddziałów i drogi do nich. W Polsce takie rozwiązania widuję tylko na SOR.

W Turcji podobno jest mała liczba personelu przypadająca na łóżko szpitalne. Według moich obserwacji, była większa liczba personelu przypadająca na liczbę pacjentów. Z uwagi na to, że porodów drogami natury jest w Turcji mniej, niż cięć cesarskich, to na dyżurze na sali porodowej widywałam więcej położnych, niż pacjentek rodzących.

A jak z infrastrukturą? W Polsce wciąż się narzeka na brak łóżek. Jak jest w Turcji?

Te sale, które widziałam w tureckich szpitalach, były jednoosobowe, rzadziej dwu- lub trzyosobowe, co przekłada się na wyższy komfort. W Turcji jest o wiele większa troska o intymność pacjentek, co oczywiście wynika z kultury.

Sala szpitalna w Turcji.

Parawany lub kotary są w prawie każdej sali. Przed odsunięciem kotary, za każdym razem musiałam zapytać pacjentkę o zgodę. Imam, odpowiednik kapelana, nie chodzi po szpitalu. Meczety są obok szpitali, ale nie w środku.  Za to prawie tuż obok sali porodowej mieściła się tablica upamiętniająca narodowego bohatera, któremu właśnie Turcy zawdzięczają oddzielenie państwa i zarazem ochrony zdrowia od religii –  Mustafę Kemala Atatürka. Śmiałam się, że jak rodzić w Turcji, to tylko z Atatürkiem. 🙂

Jak rodzić to tylko z prezydentem!

Są jakieś plusy, które zauważyłaś podczas nauki w tureckiej ochronie zdrowia?

Tak i to sporo! Opieka zdrowotna w Turcji jest na wysokim poziomie. System elektroniczny, który u nas jest dopiero wdrażany (podobny do Internetowego Konta Pacjenta), w Turcji funkcjonuje od dawna.

Jest łatwy dostęp do specjalistów – na wizytę czeka się z reguły około tygodnia i można się na nią zapisać przez Internet, m.in. za pomocą aplikacji. Najprawdopodobniej ten system uniemożliwia zapisanie się na podstawie jednego skierowania w kilku miejscach, co jest praktykowane przez niektórych polskich pacjentów, oraz jest dostępnych więcej specjalistów. W związku z tym praktycznie nie ma kolejek.

W dodatku większość leków jest refundowanych, a część jest bezpłatnych. Moim zdaniem poziom ochrony zdrowia w Turcji przekłada się na zaufanie i szacunek do jej pracowników. Położne w Turcji cieszą się większym zaufaniem i szacunkiem, niż w Polsce.

TURECKIE PORODY OKIEM POLSKIEJ POŁOŻNEJ

A minusy? Na pewno jakieś się znajdą

Z minusów, w Turcji dużą wagę przywiązuje się do higieny, co wynika z tradycji, ale moim zdaniem zbyt małą do porządku naokoło, np. śmieci na ulicach. To samo można zauważyć w szpitalach. Przestrzega się zasad aseptyki
i antyseptyki, ale np. brudna podłoga, z kałużą wód płodowych pod łóżkiem, na czystej sali, nikomu nie przeszkadza.

Według mnie w tureckich szpitalach panuje wyższa hierarchia, niż w polskich, a położne mają mniejszy zakres obowiązków, niż polskie. W Turcji położne całkowicie samodzielnie prowadzą porody przeważnie w prywatnych szpitalach lub w miejscach, gdzie utrudniony jest dostęp do lekarza. Turczynki preferują planowe cięcie cesarskie, zamiast porodu siłami natury z położną.

Nie miałam o tym pojęcia! Dlaczego Turczynki wolą cesarkę?

Po pierwsze, raczej wynika to z lęku Turczynek przed: porodem, bólem porodowym, zmianami w ciele po porodzie oraz z wielopokoleniowego negatywnego przekazu społecznego.

Po drugie, w Turcji moim zdaniem panuje moda na sztuczność; od ostrego makijażu po poprawianie swojej urody. Cięcie cesarskie doskonale wpisuje się w ten trend.

Po trzecie, taki sposób urodzenia dziecka najprawdopodobniej jest promowany przez niektórych lekarzy ginekologów-położników prowadzących ciąże, którym jest to na rękę. Przy porodzie siłami natury, nawet niepowikłanym, z reguły jest obecny lekarz, w przeciwieństwie do Polski. Ciężarne Turczynki preferują by przy ich porodzie był lekarz prowadzący ich ciążę, a z uwagi na to, że poród jest procesem nieprzewidywalnym, nie zawsze jest to możliwe. Łatwiej jest im umówić się z lekarzem na planowe cięcie cesarskie. Poza tym dochodzą kwestie finansowe.

Po czwarte, mało kobiet uczestniczy w zajęciach w szkole rodzenia, prowadzonych przez położne, przez co nie mają wiedzy na temat zalet porodu siłami natury.

Po piąte, poród siłami natury to intymny akt, wymagający obnażenia, powrotu do zwierzęcości, zmierzenia się z bólem i wyzwolenia siły w kobiecie, czego boją się zarówno kobiety, jak i mężczyźni.

Po szóste, tureccy mężczyźni lubią decydować za kobiety, także w kwestii zakończenia ciąży. Myślę, że głównie z tych wymienionych przeze mnie powodów, Turcja ma najwyższy na świecie odsetek cięć cesarskich.

Zważywszy na różnice kulturowe, pomiędzy Polską i Turcją – czy świeżo upieczone mamy kultywują jakieś tradycje?

Tak. Z ciekawych rzeczy, które zaskoczyły mnie w tureckim szpitalu, to jednoosobowe sale szpitalne, odpowiednio przystrojone przez rodzinę, na przywitanie mamy z dzieckiem. Porody rodzinne w Turcji nadal rzadko kiedy się zdarzają, choć ostatnio jest ich coraz więcej.

Rodzina oczekuje na zerowe urodziny na oddziale położniczym. Jeśli ich na to stać, to po porodzie rodzina hucznie wita mamę i dziecko na przystrojonej sali. Można ją rozpoznać po drzwiach. Na niektórych widnieje jakiś napis, np. imię dziecka lub Hoşgeldin Bebeğim, co można przetłumaczyć jako „Witaj maluszku”. Czasami napisy są w amerykańskim angielskim, co raczej wynika z zachwytu Turcji nad amerykańską kulturą.

Szpitalna sala przystrojona dla maluszka.

Położnica w Turcji traktowana jest wręcz jak królowa. Jest strój też nieco przypomina królewskie szaty. Nie ma możliwości, żeby kobieta po porodzie wjechała na taką salę bez uprzedniego wykonania toalety ciała i przebrania się w strojną koszulę. Niektóre położnice mają na nogach bogato udekorowane kapcie, na głowie zrobioną ładną fryzurę, ozdobioną strojną opaską lub wiankiem, a na twarzy makijaż. Pozostali goście, którzy przybywają do takiej sali, otrzymują cukierki lub czekoladki w kolorze różowym lub niebieskim (błękitnym), zależnie od płci dziecka. Można je wcześniej kupić w cukierni.

To był chłopiec.

Nie wiem jak to wygląda w czasach pandemii koronawirusa, ale gdy miałam praktyki, to położnicę (kobietę po porodzie) i noworodka odwiedzało wielu członów rodziny, podobnie jak w ma to miejsce w polskich górach. Po wypisie po domu, te odwiedziny przenoszą się do domu.

W Koranie podobno znajduje się zapis mówiący o trzydziestomiesięcznej symbiozie matki i dziecka, przy czym do tego okresu zalicza się sześć ostatnich miesięcy ciąży oraz dwadzieścia cztery miesiące karmienia piersią. Pomimo mody na sztuczność, karmienie przez Turczynki piersią przez dwa lata jest pewnego rodzaju społecznym standardem. Z reguły przez ten czas nie oddziela się matki od dziecka, nawet w więzieniach.

Balony na powitanie małej Turczynki

Szczególnym okresem w życiu kobiety jest czterdzieści dni po porodzie, czyli okres połogu, w czasie którego według islamu kobieta jest nieczysta, tzn. nie pości, nie współżyje, nie odmawia modlitwy, za to regeneruje siły w domu. Jest to według Turków okres niebezpieczny dla mamy i noworodka. Uważa się, że w okresie połogu może się kobiecie i dziecku coś stać, dlatego potrzebują szczególnego wsparcia.

Przez ten czas muszą pozostać w domu i zawsze powinien ktoś przy nich czuwać – kobiety z rodziny i mężczyzna. Ten lęk czasami także wynika z wiary w przesądy, dlatego część tradycji okołoporodowych jest z nimi związanych. Myślę, że większość osób tylko kultywuje tradycje lub chce zapobiec zachorowaniu przez kobietę na depresję poporodową, ale nadal są Turcy, którzy wierzą w tzw. nazar, tzn. że ktoś może złym spojrzeniem sprowadzić nieszczęście na rodzinę, dlatego żeby się przed tym uchronić, w domu powinno być oko proroka. Złe oko rzucające urok podobno należy do osoby o niebieskim kolorze tęczówek, więc przy mnie – niebieskookiej blondynce – oko proroka musiało być obecne. 😉

Pewnie gdzieś nadal żyją Turcy, którzy wierzą, że jeśli kobieta nie będzie zaopiekowana w połogu, to pojawi się czerwona wiedźma (dżin Albastı – Alkarısı), pod postacią szpetnej kobiety, która sprawi, że kobieta umrze. Podobno wszystko co czerwone pomaga na tego demona, np. czerwona wstążka. Takie odstraszacze złego uroku, przypięte przy wózkach dziecięcych, widywałam także w Polsce, m.in. moim małym rodzinnym mieście – w Żychlinie k. Kutna.

Innym demonem, o którym mówi się w Turcji, że atakuje kobiety w połogu, jest koza dusicielka (Kara Kura), która przybywa w nocy. W tradycyjnych rodzinach muzułmańskich kobiety śpią w jednym pomieszczeniu, nie tylko w połogu, co w tym trudnym okresie stanowi duże wsparcie dla świeżo upieczonej mamy. Mówię to także na podstawie własnego doświadczenia. Sama spałam w takiej rodzinie jako gość, podczas Święta Ofiarowania, co było dla mnie jednym z najbardziej osobliwych doświadczeń w życiu.

Mając porównanie, pomiędzy polską i turecką ochroną zdrowia. Gdzie wolałabyś pracować?

Wolałabym pracować w kraju, w którym ochrona zdrowia jest na wysokim poziomie, a mój zawód cieszy się szacunkiem i  jest odpowiednio wynagradzany. W Turcji spełnione są te dwa pierwsze warunki, a w Polsce żaden z powyższych. Mimo wszystko bardzo chciałabym zobaczyć jak wygląda praca w tym zawodzie w Turcji, by mieć lepsze porównanie, bo praktyki a praca to zupełnie inne rzeczy.

Obawiam się jednak, że to jest niemożliwe. Turcy blokują miejsca pracy dla zagranicznych medyków, z troski o lokalnych. Myślę też nad ukończeniem w Turcji kursu na doulę (asystentkę rodzącej) i towarzyszeniem Turczynkom podczas porodów, ale obawiam się, że może to być źle odebrane w środowisku tureckich położnych.

Iga na oddziale.

Na razie poczyniłam pierwszy krok ku pracy w Turcji – uczę się języka tureckiego. Kocham Turcję, ale tam człowiek nie jest wolny, a kobiety i dzieci nie mają dużych praw – są traktowane zgoła inaczej, niż podczas połogu. Jest duża przemoc w stosunku do kobiet. Życie w takim kraju przez dłuższy czas może doskwierać. Dlatego rozważam wyjazd do Turcji tylko na krótki okres czasu. Nie mniej jednak, zastanawiam się nad innym kierunkiem emigracji na dłużej, bo życie w Polsce staje się dla mnie coraz bardziej uciążliwe. Poza tym jestem ratownikiem medycznym i położną. Chciałabym nadal walczyć ze śmiercią i witać nowe życia.

Czym się zajmujesz aktualnie? Ile dały Ci studia w Turcji? Nauczyłaś się utartego schematu, czy może zupełnie czegoś innego, co wprowadziłaś do pracy w Polsce?

Aktualnie pracuję w jednym z warszawskich szpitali, w wspaniałym zespole lekarzy i położnych, m.in. z jednym z pionierów diagnostyki prenatalnej w Polsce. W dodatku moja położna oddziałowa kocha Turcję i rozumie moją fascynację tym krajem, a położna, z którą bezpośrednio pracuję, nazywa się Turek. 🙂

Na co dzień asystuję do badań i zabiegów z zakresu diagnostyki prenatalnej, opiekując się pacjentkami z różnych zakątków Polski. Dodatkowo pomagam parom w staraniach o upragnione maleństwo, pracując w klinice leczenia niepłodności.

Do niedawna pracowałam na sali porodowej i dyżurowałam na SOR ginekologiczno-położniczym. Poza tym od ponad dziesięciu lat prowadzę forum dyskusyjne, do którego aktualnie należy ponad dwanaście tysięcy położnych i studentek położnictwa. W wolnych chwilach maluję na wodzie – tworzę ebru.

Studia w Turcji dały mi bardzo dużo, pomimo że nie nauczyłam się tam szczególnych umiejętności zawodowych. Dzięki odbyciu zajęć praktycznych i praktyk zawodowych w tureckich szpitalach, bardziej rozumiem potrzebę zachowania intymności podczas porodu, jak i opieki medycznej sprawowanej przez personel płci żeńskiej.

Po powrocie z Turcji miałam to szczęście prowadzić poród Turczyni z Antalyi, której towarzyszył polski partner. Stosunkowo niedawno przyjmowałam też poród Syryjki, która przyjechała z obozu dla uchodźców w Belgii, na poród czwartego dziecka, a także zajmowałam się innymi muzułmankami, z różnych krańców świata. Z pewnością bardziej rozumiałam ich potrzeby.

Pamiętam z czasów studiów licencjackich, jak podczas praktyk na sali porodowej, zgodnie z zaleceniem pielęgniarki anestezjologicznej, poprosiłam Turczynkę by usiadła do założenia znieczulenia zewnątrzoponowego po turecku, a ona w ogóle nie miała pojęcia o co mi chodzi. Dziś bym się tak nie zachowała.

A masz jakieś ciekawostki na koniec?

Podczas praktyk w szpitalu, zawsze miałam zapewniony bezpłatny obiad, jak i inni studenci. W dodatku często oferowano mi podwójną porcję; być może z powodu urody, pochodzenia lub z uwagi na fakt, że uratowałam Turczynkę, która straciła przytomność tuż przed wejściem do szpitala, co odbiło się tam szerokim echem.

Igę znajdziecie na jej Instagramie midwife.Iga oraz BLOGU.

Reklama

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s